Camp Nou robi wrażenie, zanim jeszcze zacznie się mecz.
Wchodzisz na trybuny, patrzysz w dół i murawa wydaje się nie mieć końca. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi, jedna barwa, jeden śpiew. Nie jestem nawet zagorzałym kibicem piłki, a i tak złapała mnie ta energia — coś, co czuje się tylko na żywo, nigdy przez ekran.
Takie miejsca przypominają mi, po co jeżdżę i nagrywam: żeby być tam, gdzie coś się naprawdę dzieje.