Zawsze oglądałem F1 w telewizji. Tu pierwszy raz poczułem ją całym ciałem.
Dźwięk silników wchodzi w klatkę piersiową, zanim auta w ogóle się pokażą. Tłum, zapach, tempo — Monza żyje inaczej niż każde miejsce, w którym byłem. A potem zobaczyłem Lewisa Hamiltona. Na żywo, kilka metrów. Faceta, który jest powodem, dla którego w ogóle zacząłem marzyć o wyścigach.
Wyjechałem stamtąd z jedną myślą: chcę być po drugiej stronie bariery. Nie kibicem — kierowcą.